Podczas minionego gamescomu miałem okazję spędzić kilkadziesiąt minut z najnowszą produkcją Techlandu – Dying Light: Bad Blood. Wiecie, znany świat, zombiaki i bezkompromisowa nawalanka. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że po tym jak odrzucił mnie gatunek battle royale, wręcz zakochałem się w brutal royale.

Wylądowałem na placu budowy i przypomniała mi się młodość. Wiecie, słońce na twarzy, ciasne baraki, surowy beton, porozrzucane materiały budowlane. Brakowało tylko kiepów, pustych butelek i puszek. Jednak na tym placu budowy znalazłem miny, koktajle mołotowa, wielkie młoty, siekiery strażackie, pistolet i strzelbę. Zabawki są, ale nie ma się z kim pobawić. Do czasu. A zorientowałem się w momencie, gdy ktoś czymś bardzo ciężkim i ostrym podrapał mnie po plecach. Szybki odwrót, strzał ze strzelby i problem rozwiązany. Kątem oka zauważyłem, że jakaś postać skacze z dachu baraku do betonowej budowli. Czyżby zabawa w berka? Biegnę. Skok, złapanie krawędzi, wbiegam do środka przez niedokończony balkon, a tu kilka metrów przede mną ktoś staje drzwiach. Wyrobiony przez lata odruch pozwala mi uniknąć lecącego w moją twarz mołotowa. Ale coś tu nie gra, bo słyszę jak roztrzaskuje się za moimi plecami. Szybki odwrót i widzę człowieka-pochodnię, który chwilę wcześniej chyba miał wobec mnie złe zamiary. Skracam jego cierpienia. Nauka wbijania gwoździ nie poszła w las, a że wielkość młotka inna? Biegnę za niedoszłym oprawcą, przeskakuję przez niedokończone okna, na zewnątrz słychać wybuch granatu, jakieś strzały. Wyskakuję przez okno na plac budowy i wspinam się na żółty, stojący centralnie po środku dźwig, skąd mam doskonały pogląd na okoliczny teren. Niczym Rambo w kilkadziesiąt sekund pozbywam się granatów, mołotowów i całej amunicji do pistoletu. Z wrzaskiem zeskakuję na przebiegającego gracza z siekierą w dłoniach, biorę zamach i… coś się wczytuje. Co jest?

Tym sposobem poznałem lobby Dying Light: Bad Blood. Pełne zaskoczenie. Czekając na 11 oponentów mogłem pozbierać zabawki, a gdy pojawiali się w lobby, można było wymienić uprzejmości. W końcu siekiera wbita w plecy jest rozumiana na całym świecie. Przed kolejnymi rozgrywkami próbowałem wspinać się na wspomniany dźwig, ale nigdy nie udało się dostać na szczyt. W rozmowie z twórcami dowiedziałem się, że oni także mieli zabawę w jego zdobywanie. W końcu to też gracze i mają chore pomysły. Co więcej, robili zawody kto pierwszy lub kto wyżej. Gdy usunęli pewne elementy dźwigu, by nie było łatwo, zawsze znalazł się ktoś, kto i tak wszedł na sam szczyt. Nawet, gdy w teorii nie było to możliwe. Ale zostawmy zabawę w lobby, bo przecież nie to jest tu najważniejsze.

Mapy w Dying Light: Bad Blood są „niewielkie”, bo założenie jest takie, że rozgrywki mają trwać maksymalnie kilkanaście minut. Strasznie podoba mi się sama formuła, która z zasady eliminuje kamperów. Dozbroić się, poszukać próbek krwi, zdobyć wymaganą ich ilość i uciec do ewakuacyjnego helikoptera. Żadnej zmniejszającej się strefy, czajenia się, tylko czysta walka o przetrwanie. Problem w tym, że krwi pilnują zombiaki. Gdy próbka jest większa, pojawia się i większy przeciwnik. Miałem ciekawą sytuację, gdy zaatakowałem takowego i schowałem się w stojącym obok wraku autobusu. Na cwaniaka podbiegałem do drzwi, zadawałem cios i ucieczka. Taktyka niezła, ale miała jedną poważną wadę. Podczas mojej walki tchórza z wieżowcem, inny gracz zaczął podkradać niepilnowaną w tym momencie próbkę krwi. O ty Januszu… Sprint obok wielkoluda, podbiegłem do przeciwnika, cios i ucieczka do najbliższego zabudowania. Gdy gracz próbował mnie namierzyć, odwrócił się plecami do wielkiego gnijącego monstrum… Co prawda pozbyłem się ludzkiego problemu, ale o dużej próbce krwi mogłem zapomnieć. Ruszyłem na dalsze łowy. Kilku martwych zombiaków dalej i ucieczek przed lepiej uzbrojonymi graczami pojawił się komunikat, że nadciąga helikopter ewakuacyjny. Oznacza to, że któryś z graczy zebrał wymaganą liczbę próbek krwi i będzie próbował uciec. W tym momencie wszyscy gracze biegną do punktu lądowania, by ciężkim młotem wybić mu ten pomysł z głowy. Helikopter pojawia się on w losowym miejscu, więc nie ma szans by całą rundę czekać i wziąć go z zaskoczenia. I tu zaczyna się kolejna część zabawy.

W sumie wygląda to jak polowanie wszyscy na jednego. Nim przyleci ratunek, zegar musi dojść do zera. Co w tym czasie dzieje się w pobliżu lądowiska, to klękajcie zombiaki. Kilku graczy z całym swoim arsenałem próbuje wybić wszystkich pozostałych, a najczęściej udaje się to tylko jednemu. Gdy ja z siekierą w rękach goniłem jednego, inny strzelał do mnie z łuku. Może bym się tym przejął, gdyby nie fakt, że po kilku sekundach zdjęła go raczej nie zbłąkana kula. Gdy prawie dopadłem moją ofiarę, sprawiedliwie rozdzielił nas granat. I tym sposobem poznaliśmy zwycięzcę, który wyruszył helikopterem w stronę krwawiącego słońca. Co prawda nie wygrałem, ale uśmiechy i brawa zgromadzonych na sali na gamescomie dziennikarzy mówiły wszystko.

Dying Light: Bad Blood jest świetny, po brzegi wypełniony akcją, walką, kombinowaniem, z finałową kulminacją agresji. Brutal royale do doskonałe określenie. Jeśli graliście w podstawowe Dying Light, dokładnie wiecie jak gra wygląda wizualnie. Co prawda gra została mocno przebudowana, w końcu to nie jest całe Harran tylko „małe” jego fragmenty, ale nadal czuć ten świat pochłonięty w zagładzie. W trakcie ogrywania nie trafiłem na żadne błędy, choć była to wersja alpha, więc do finalnego produktu jeszcze trochę brakuje. Jest to też powód by zapisać się do beta testów, które w wersji otwartej wystartują na PC 1 i 2 września.

Techland znalazł świetny sposób na wejście z buta do gatunku battle royale. Co więcej, poszli swoją drogą wyznaczając inny kierunek, a ich brutal royale – mam nadzieję – ma spore szanse powodzenia. Zresztą tłumy oblegające stanowiska z DL: BB w strefie konsumenckiej tylko to potwierdzają. Kolejka biegła wokół całego wielkiego stoiska – od samego rana do zakończenia każdego dnia targów. A już we wrześniu Dying Light: Bad Blood wystartuje we wczesnym dostępie na PC, a na wersje konsolowe (PlayStation 4 i Xbox One) musimy niestety poczekać do roku 2019. Ale jest na co. To była olbrzymia dawka emocji, a chwilę później poszedłem na pokaz Dying Light 2…

Prywata: dziękuję całej ekipie Techlandu za ciepłe przyjęcie, zbijane piątki (Konrad i Grzesiek – H5!), rozmowy, poczęstunek (batony i energetyki DL2!) i łapówki, które w całości przechwycił mój syn. Do zobaczenia na premierze DL2!

Comments

comments

2 komentarze